Masz pytania? Chciałbyś negocjować cenę

Zadzwoń! 517 970 199

Strona główna / Projekt Własny Dom / Projekt „WŁASNY DOM” – część pierwsza – motywacja

Projekt „WŁASNY DOM” – część pierwsza – motywacja

Przeciętny dzień z życia bohaterki zaczyna się w okolicach godziny 7. Wcześniej nie może, bo i tak pan tego przybytku, zwany mężem, zajmuje łazienkę.

 

17 kwietnia 2014 r

Pies kładzie pysk na łóżku, próbuje wskoczyć w celu polizania mnie, ale wie, że mu nie wolno. Wstaję z łóżka, wsuwam fotel obrotowy pod biurko, żeby było przejście. Nie da rady. Przyczyna zlokalizowana – jeden z tysiąca segregatorów blokuje możliwość wsunięcia fotela. Kto to wymyślił, żeby taki wielki fotel kupić do równie wielkiego biurka w bardzo wąskiej sypialni? Ale taki ładny był, „dizajnerski”, biały. No, teraz już z bielą wiele wspólnego nie ma, ale nadal jest „dizajnerski”. A tak, wtedy nie było jeszcze łóżeczka. Nie było też lokatora łóżeczka, ani nawet planów z nim związanych. W sypialni jest biuro, bo jest firma, jest też osobny lokal na biuro jakieś 200 metrów od mieszkania, ale i tak większość papierkowej roboty wykonujemy w mieszkaniu, więc po co przenosić segregatory i inne biurowe gadżety. Po walce z segregatorem, znajduję dla niego kolejne tymczasowe miejsce i udaję się w kierunku kuchni, po drodze potykając się o fioletowego minionka i wdeptując w klocka lego. Docieram do kuchni, odsuwając stertę naczyń (brak miejsca na zmywarkę, poza tym wymiarami nie pasuje do blokowej zabudowy kuchni), nalewam wody do czajnika. Łazienka zajęta. Musze czekać aż mąż się ogoli. We dwoje nie zmieścimy się na tych 3 metrach kwadratowych zagraconych wanną, pralką, umywalką oraz koszem na pranie. Wsypuję psu psie chrupki do miski. Pan przybytku wychodzi z łazienki. Za moment wychodzi także z psem, bo ktoś musi. Kawa stygnie. Przed uruchomieniem suszarki do włosów zamykam drzwi do sypialni, gdzie śpi potomek nr 2. Do pokoju starszaka nie zamykam, bo nawet wybuch bomby atomowej by go nie obudził. Mąż wraca, zostawia psa i wychodzi do pracy.

Zobacz gotowe projekty:

Projekty garaży 

Projekty stajni

Projekty domów drewnianych

Piję kawę, po czym budzę dzieci. Po wysłuchaniu jęków ubolewania nad wstawaniem o świcie, młodszemu pomagam w myciu (sam zrobi zbyt dużą demolkę), a starszego budzę po raz kolejny i nakazuję natychmiastowe ubranie się. Szukam ubrania dla siebie. Nie mam czasu na prasowanie, a bluzka wyjęta z szafy wygląda jak dopiero wyjęta z psiego gardła. Mogłabym przysiąc, że Stefan do szafy nie wchodzi, bo jest zbyt leniwy, a poza tym się nie zmieści.  Z dużym prawdopodobieństwem stwierdzam, że bluzka z lnu nie lubi wisieć w bezpośrednim sąsiedztwie innych. Zakładam coś innego i wracam do pokoju starszaka, który śpi nadal, chociaż nie dalej niż pięć minut temu jeszcze ze mną rozmawiał i wyglądał na obudzonego. Świnki domagają się jedzenia głośnym kwiczeniem. Podaję siano oraz ziarna. Z wdzięczności podstawiają łebki do głaskania. Idę umyć ręce, żeby móc zrobić dzieciom śniadanie. Nie mogę, bo w łazience jest świeżo obudzony starszak. Czekam kolejne minuty. Wychodzi. Szybko robię kanapki na drogę, bo w domu zjeść nie zdążą. Zakładamy buty i zbiegamy do samochodu. Wracam się z parteru po przedszkolny plecak młodszego. Oczywiście z dzieckiem, żeby nie otworzyło sobie drzwi i nie wybiegło na ulicę. Trwa to całe wieki, ale w końcu wsiadamy do auta. Po drodze zostawiam starszaka u dziadków, młodszego zawożę do przedszkola, spóźniam się do pracy. Kończę pracę, odbieram towarzystwo i jedziemy do domu. Parkuję samochód, biorę dzieci do sklepu, bo w lodówce światło. Starszak idzie do pobliskiego parku, bo umówił się z kolegą. Wracam do domu. Szukam kluczy w czeluściach torebki. Stawiam zakupy. Znajduję klucze, otwieram drzwi, wpuszczam dziecko na klatkę schodową. Biorę zakupy w obie ręce ( no i kto mi kazał kupować mleko, sok i wodę oraz ziemniaki i jabłka za jednym zamachem?), klucz w zęby, żeby znowu się nie zapodział w czeluściach torebki, pokonuję pierwsze schody. Dziecko zatrzymuje się i siada na schodku.

Nóżki bolą!! – zawodzi na cała klatkę.

Przekładam zakupy do jednej ręki, biorę dziecko po pachę i idę. Klucze spadają na podłogę. Odstawiam zakupy i dziecko, schylam się po klucze. Chowam je do torebki, bo w zębach niewygodnie i niehigienicznie. Podchodzę do mieszkania, szukam kluczy, otwieram drzwi. Świnie kwiczą o jedzenie. Porzucam zakupy, idę po ogórka dla świń. Nie ma ogórka, muszą zadowolić się jabłkiem. Pies grzecznie siedzi przy misce, to znaczy stara się, ale ogon za bardzo się cieszy i psiak wykonuje śmieszne ruchy. Nakładam mu porcję psiej galaretki. Myje ręce, biorę się za gotowanie obiadokolacji. Obieram ziemniaki, zalewam wodą. Nie ma soli. Ubieram siebie i dziecko, idziemy do sklepu. Wracamy. Wstawiam ziemniaki oraz mięso, zmywam naczynia, bo potrzebuję zlewu w celu umycia warzyw. Dzwoni mąż.

Za chwilę będę w domu. Nie sam. Kolega z pracy do nas wpadnie, ale nie martw się nie na długo. Zrób kawę.

Wstawiam wodę, wyciągam odkurzacz, proszę dziecko o ogarnięcie zabawek leżących na środku pokoju. Odkurzam dostępną część dywanu. Wrzucam zabawki leżące na środku pokoju do pudełka stojącego w salonie pod ścianą, ponieważ u starszaka musiało się zmieścić biurko, niezliczona ilość klocków lego oraz parę książek i dużo gazetek o tematyce różnej. Na zabawki młodszego nie starczyło miejsca. W sypialni też nie, bo już teraz przejść nie można. Kończę odkurzanie, dzwoni domofon. Dobrze, że to czwarte piętro. Zdążę schować odkurzacz, zmienić obrus na stole, sprzątnąć ciuchy z kanapy (one zawsze tam się pojawiają, mimo posiadania szaf w liczbie 3 sztuki). Podaję kawę. Panowie rozmawiają o rzeczach mało interesujących. Wychodzę relaksować się na balkonie. Stawiam kawę na parapecie, bo stolik się nie zmieści. Nie rozłożę krzesełka, bo pranie się suszy. Nie można przecież mieć zacisznego kącika kawowego i suszarni na metrze kwadratowym. Wracam do mieszkania. Dziecko zdążyło wyrzucić na środek salonu zawartość trzech pudeł z zabawkami. Idąc w kierunku kuchni potykam się o pudło z nieużywaną drukarką, która z pewnością się jeszcze przyda, dlatego nie idzie na śmietnik. Trzeba ją wynieść do piwnicy i postawić piętrowo między rowerami a słoikami. Na dwóch metrach kwadratowych na pewno się zmieści. Dwa rowerki młodszego potomka się nie zmieściły. Stoją w salonie. Po wyjściu kolegi, mąż schodzi do piwnicy. Przy okazji wyprowadza psa. Dzwoni domofon.

Zapomniałem kluczy od piwnicy.

Zrzucam przez okno. Patent znany nam od początku mieszkania na czwartym pietrze. Jak rzucamy przez okno zapomniane dokumenty bądź inne lekkie rzeczy, wystarczy włożyć je do reklamówki i obciążyć dowolnym owocem. Najlepiej sprawdzają się mandarynki. Mamy wtedy pewność, że reklamówka nie zatrzyma się na parapecie upierdliwego sąsiada bądź daszku klatki schodowej.
Dziecko robi demolkę w pokoju brata. Z nudów. Wraca starszy syn.

Mamoooooo!!!! Widziałaś co zrobił z siedzibą tajnego agenta? Dwa dni ją budowałem, a teraz wszystko rozwalone. Nie mogłaś mi urodzić innego brata?

No nie mogłam. Czy to moja wina, że obaj są kreatywni, przy czym jeden buduje, drugi rozwala.

Przyjdzie Karol. Będzie u nas spał- dorzucił syn starszy jak minęła mu złość.

Ciekawe gdzie? Na tych sześciu metrach? A może w salonie przy kwiczących nad ranem świniach? No, ale nie takie rzeczy się już organizowało w naszym dziwnie skurczonym M4, od czasu gdy są dzieci i świnie oraz pies.
Pies musi być, bo jest prezentem świątecznym. Mój genialny brat doszedł do wniosku, że o takim właśnie prezencie marzą moje dzieci. No to jest pies o imieniu Stefan. Ani on ładny, ani ułożony. Stara się być grzeczny, ale nie zawsze mu wychodzi. Nie wyszło mu, kiedy usłyszał dzwonek domofonu i postanowił dzikim pędem biec do drzwi, ale po drodze był stolik, a na stoliku była kawa i ciacho, ale ciacho jest nieważne. Ważne, że przy kawie przeglądałam istotne dokumenty, ale wstałam, żeby odebrać domofon. Stefan wstał niedługo po mnie, ale najwyraźniej chciał być przy drzwiach szybciej ode mnie. Oj, dużo było zamieszania z tymi papierami, ale takie już są uroki posiadania zwierzęcia zupełnie nieprzewidywalnego, jakim niewątpliwie jest Stefan.
No dobrze, czas na relaks- pomyślałam wchodząc z gazetą i kubkiem herbaty do salonu. Po drodze rozdeptałam batonika zostawionego przez dziecko młodsze na dywanie, który pięknie się przykleił do włochatego dywanu. Tylko spokój może mnie uratować – pomyślałam wygrzebując ulepek z mojego uroczego niegdyś włochacza.
Kiedy walczyłam z batonem, mąż postanowił dokończyć schemat na komputerze, który, jak przystało na domowe biuro, stoi w sypialni. Usiadł wygodnie na naszym „dizajnerskim” fotelu i zaczął pracować. Dziecko młodsze zrobiło się zmęczone, więc wykąpałam go, przy okazji wygrzebując spod własnych paznokci resztki batona pomieszane z włosiem dywanu, które musiałam wyrwać w celu uratowania reszty.

Przynieś piżamkę – poprosiłam malucha.

Niestety, piżamka była na łóżku, a żeby się tam dostać, tata musiał zejść z „dizajnerskiego” fotela i zrobić przejście. Szkoda, że nie zapisał swojego świeżo ukończonego dzieła. Synek młodszy przechodząc, zaczepił o klawiaturę i coś mu się wcisnęło. Wcisnęło na tyle skutecznie, że nic ze schematu nie zostało.
Mąż był wściekły. I tak od słowa do słowa, od ciasnoty, poprzez nieporządek i walające się rzeczy bez swojego miejsca, dochodzimy z mężem do wspólnego wniosku, że czas najwyższy pomyśleć o własnym domu, bo tak mieszkać dłużej się nie da!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *